Nie przyszedł. Siedzę dziś na naszej ławce sama. Wpatrzona w gwiazdy. Z nadzieją w sercu, że zaraz przybiegnie zdyszany i pocałuje mnie na przeprosiny. Z każdą kolejną minutą czuje, że to tylko pokorne błaganie. On nie przyjdzie. Nie ma co się oszukiwać. To ciepły letni wiatr otula moje ramiona. Jestem jak Róża z planety B612, jeśli wiesz co mam na myśli. Samotna, bezbronna, opuszczona. Czy nie jest to tak trochę na moje, własne życzenie? Czy nie byłam zbyt dumna, zarozumiała by dostrzec miłość w Jego oczach? By ją przyjąć? Czy nie zachowywałam się jak podła egoistka, wpatrzona tylko we własne potrzeby? Nawet jeśli tak było, to już tego nie zmienię. Nie da się cofnąć czasu. Na zawsze ponosimy odpowiedzialność za to, co oswoiliśmy (Antonie de Saint-Exupery, Mały Książe). A ja Go właśnie oswoiłam. Tchnęłam w Niego życie. Serce napełniłam nadzieją. Pokazałam, że świat może być pełen barw. Dziś, w tą samotną noc, bardzo za Nim tęsknie. W kąciku oka zamigotał mi łza. Gdzie jesteś mój Mały Książe, skoro nie ma Cię tu, przy mnie. Gdzie?
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko mieć nadzieję, że mając do wyboru milion praktycznie identycznych Róż, będzie nadal pragnął tej jedynej, która zapadła mu głęboko w serce. Mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz